Procesu adaptacji… nie przeszłam ja – matka.

Grudzień 08, 2016
Procesu adaptacji... nie przeszłam ja – matka.

To nie jest kolejny post z cyklu „użalam się nad sobą”, to nawet nie jest kolejny post z cyklu tych, które przychodzą mi do głowy na spontanie. To post nad którym myślałam już od bardzo dawna.

Miałyście kiedyś taką myśl, że wasz idealny plan na macierzyństwo legnie w gruzach? Miałyście? Myślałam, że kolejne etapy macierzyństwa są standardem w każdej rodzinie, że to pewnego rodzaju checklista, którą można znaleźć i odhaczyć po kolei, podpunkt za podpunktem w każdej książce o macierzyństwie i wychowaniu dziecka.

Takie kolejne kroki, czy „terminowe” wskazówki:

  • kiedy odstawić dziecko od piersi,
  • kiedy wprowadzać pierwsze słoiczki,
  • kiedy zacząć odpieluchowanie,
  • kiedy po raz pierwszy zaprowadzić dziecko do żłobka, przedszkola czy na zajęcia kreatywne.

Zaczęło się dwa i pół roku temu. Serio chciałam odhaczać po kolei te twarde podpunkty, tak uparcie jak zaliczenia na studiach. Z każdym kolejnym wpisem w indeksie czułam się świetnie, tak samo było w tym przypadku, gdy udawało mi się przebrnąć kolejny etap. Czułam potrzebę bycia mamą na pełnych obrotach, skłonną do przeżycia i zaakceptowania wszystkich nieprzespanych nocy w imię dobra i opieki nad córką.

Czułam, że jestem jej potrzebna do życia jak tlen, i że każdą minutę – ba ! sekundę powinnyśmy spędzać razem. Rodzina to przecież siła, a matka w rodzinie jest i szyją i głową.

Jak z odstawieniem dziecka od piersi i z odpieluchowaniem nie mieliśmy żadnego problemu, bo Amka niestety nie była chowana na piersi, a pampersy odrzuciła sama, gdy skończyła dwa latka. To , gdy przyszedł etap żłobka, nie mogłam sobie z tym poradzić. Słowo żłobek w ogóle nie przechodziło mi przez gardło, wiecie z czym mi się kojarzyło? Ze starymi filmami, z wyobrażeniem wielkiej sali bez okien, w której stoi dwadzieścia parę łóżeczek, w których leżą maluszki, a „obsługuje” je jedna siostra zakonna w habicie, tak czarnym jak węgiel w piwnicy.

Jakże ja byłam naiwna. I chyba dalej jestem, bo na samą myśl o żłobku, o oddaniu mojej Amelii „obcej babie” pod opiekę paraliżuje mnie od stóp do głów. Paraliżuje mnie strach przed kimś obcym, strach przed chorobami, strach przed innymi dziećmi, które mogłyby wyrządzić jej krzywdę. Wiem, jakie to staroświeckie! Mój schemat myślenia, nadaję się na falę krytyki.

Żłobek nie kojarzył mi się najlepiej i nadal nie kojarzy, mimo iż przeglądając tablicę na Facebooku widzę, zdjęcia uśmiechniętych dzieci moich koleżanek z „ciocią” w żłobku, a przy kawie te same koleżanki zapewniają mnie, że tylko pierwsze tygodnie należą do tych ciężkich, gorszych, a później to dziecko samo woła, że chce iść do żłobka.

Jednak, to nie wystarcza i do tej pory nie zdecydowałam się by oddać Amelię do obcego miejsca, pod opiekę obcych mi i jej osób… No nie potrafię… Procesu adaptacji w żłobku nie przeszłam ja – matka. Amelia zresztą też nie. Gdy babcia zaprowadziła ją pierwszego dnia do żłobka, na polecenie przedszkolanki pożegnała słowami „babcia idzie do domu, wróci za godzinę po Amelkę”, ona zalała się łzami. Płakała 20 minut, a babcia stała pod drzwiami i czekała, aż się uspokoi. Płacz i lament nie widział końca. Po 20 minutach, przedszkolanka oddała ją w ręce babci i wróciły do domu. Następnego dnia już tam nie wróciła, kolejnego też nie.

Mamy! Proszę o wskazówki, rady! Jak to wyglądało u was? Chodzi mi o proces adaptacji, czy pierwszego dnia musiałyście oddać dziecko i zmyć się z pola widzenia? Czy jednak mogłyście uczestniczyć w procesie adaptacji np. siedząc gdzieś tam w oddali na krześle, tylko po to by dziecko czuło się bezpieczniej, by z upływem kilku dni mogło zostać samo?

W naszym przypadku był kategoryczny zakaz tłumacząc, że to źle wpływa na psychikę dziecka. Dziecku należy wytłumaczyć, że się wychodzi i wróci po kilku godzinach, a teraz zostaje w żłobku i będzie się bawić z innymi dziećmi. W tym temacie jestem zupełnie zielona. Dla mnie był to idiotyczny sposób, pomysł – ale mogę się oczywiście mylić, bo nie jestem specjalistą, a tylko „przewrażliwioną”matką.

 

Udostępnij

gadkamatka

Patrycja, 28 lat. Mama i żona. Poza macierzyństwem dużo energii traci pracując w jednej z największych w Polsce korporacji. Cały czas w biegu, pomimo tego znajduję czas na szybkie zakupy i kosmetyczkę. Motorem do działania jest córka, ona tez zainspirowała do pisania. Czasem niecierpliwa, bywa niepewna siebie. Niepoprawna optymistka z bagażem doświadczeń i odrobiną wad, ale silnie rozwiniętą empatią emocjonalną.

  • Wiesz, ja tez tak myslalam, dlaego najpierw przez pol roku, co piatek, jechalysmy na zajecia dla rodzicow z dziecmi w sali zabaw. Tam dzieciaki uczyly sie zabawy w grupie, zasad jakie w niej panuja, wszystko pod okiem rodzicow i w ich towarzystwie. Najpierw bylo 45 minut zajec zorganizowanych, w ktorych rodzice czynnie brali udzial wspierajac maluchy. Pozniej dzieci mogly do woku korzystac z kulek i zjezdzalni, a mamy pily kawe. Sala byla zamknieta dla innych w tym czasie, wiec wytworzyla sie nam taka mini grupa przedszkolna – 8 dzieciakow. Kiedy zajecia sie skonczyly, a corka chciala „do dzieci”, miala niecale 2 lata wtedy, pojechalysmy razem do przedszkola, ja rozmawialam z dyrekcja i „ciociami”, ona bawila sie z dziecmi. Kolejne dni to moje tlumaczenie, ze pojedzie sie bawic z dziecmi, jednak tu jest inaczej niz w sali zabaw i mama nie moze tam zostac. Poplakiwala przez pierwszy tydzien, po trzech juz biegala z usmiechem i do dzis jest smutna kiedy z jakiegos powodu musi zostac w domu 🙂 Moze wiec sprobujcie taka okrezna droga jak ja 🙂

  • To jakiś absurd… nie, nie chodzi mi o Twoje obawy, tylko o to jak wygląda adaptacja w żłobku który wybrałaś.
    Moja Zo trafiła do żłobka mając niewiele ponad rok. Najpierw obejrzałyśmy żłobek w ramach dnia otwartego, ale czasem akurat tak się nie składa i nie ma takiej możliwości przed wysłaniem dziecka do danej placówki. Adaptacja wyglądała w ten sposób, że pierwszego dnia, razem, kilka godzin uczestniczyłyśmy w zajęciach. Tzn. uczestniczyła Zo, a ja byłam gdzieś obok, na marginesie, w polu widzenia. Drugi dzień polegał na zostawieniu dziecka na godzinę. Trzeci dzień 3 godziny itp. Po tygodniu Zosia zostawała w żłobku na 6-7 godzin, a od kiedy wróciłam do pracy na godzin 9 (!). Nie mieliśmy problemu z adaptacją, ale to akurat jest kwestia indywidualna każdego dziecka. Niemniej jednak moim zdaniem w Waszym żłobku podchodzą do tematu nie najlepiej, żeby nie powiedzieć źle.

    Co do Twoich wyobrażeń – spotkałam się z takimi opiniami – masz do nich pełne prawo. Po wysłaniu Zo do żłobka przepłakałam kilka dni, że oto moje dziecko jest tam, z obcymi ludźmi itd. Nie chorowała jakoś bardzo, nie rozpaczała specjalnie, ale mi krajało się serce. Nie mniej jednak mając do wyboru nianię i żłobek wybrałam to drugie i nie zmieniłabym tego co wybrałam. Zo ze żłobka wracała zawsze w świetnym humorze, a po jakimś czasie zaczęła nabywać nowe umiejętności.
    W tym roku, w październiku, poszła do przedszkola. Uwielbia to miejsce. Uczy się całej masy rzeczy, śpiewa nam piosenki które tam poznała, a ja przestałam mieć wyrzuty sumienia i wysyłam ją tam nawet wtedy kiedy pracuję z domu, dlatego bo wiem, że Zo uwielbia to miejsce:)
    Także głowa do góry, w końcu będzie dobrze;) A dobry żłobek/przedszkole nie ma nic wspólnego z tymi strasznymi wyobrażeniami, które niestety cały czas siedzą gdzieś w zbiorowej świadomości.

  • meandmyspace.pl

    Miałam ten sam problem, nie mogłam wejść z synem do sali, nie było procesu adaptacji. Syna zabierały panie siłą bo on wrzeszczał i szarpał się a ja wracałam do domu ze łzami w oczach czy dobrze zrobiłam. Dobrze zrobiłam – zrezygnowałam ze żłobka. Przedszkole wybrałam lepiej, panie cierpliwie mnie znosiły a ja zaparłam się że do puki sam nie wejdzie do sali to go nie zostawię. Teraz jest rewelacja, chce chodzić nawet w weekendy. Teraz przy moich bliźniaczkach żłobka w ogóle nie biorę pod uwagę. pozdrawiam