#MyFirst7Jobs

Sierpień 29, 2016
#MyFirst7Jobs

Daleka jestem od łańcuszków, hashtagów i innych akcji internetowych, które nie wnoszą nic konstruktywnego do mojego życia. Ale idea akcji #MyFirst7Jobs zwróciła moją szczególną uwagę. Zasady są banalnie proste blogerki, celebryci, internauci piszą o swoich pierwszych w życiu pracach, zajęciach, które doprowadziły ich do miejsca, w którym się znajdują i pozwoliły zarobić pierwsze, własne pieniądze.

Ten #hashtag uderzył w moje serce. Lubię otaczać się i inspirować ludźmi, którzy odnieśli swój własny, mały bądź duży sukces w życiu. Uciekam od ludzi ciągle marudzących, narzekających i nic nie robiących w życiu, by cokolwiek zmienić. Często mam wrażenie, że ponad połowa naszego społeczeństwa siedzi godzinami na kanapie, marudzi i powtarza, że jest coraz gorzej, a przy tym  zarzuca wszystkim dookoła, co mają w ich mniemaniu „więcej i lepiej”, że osiągnęli to nielegalną pracą, okradli państwo.

A więc taki Pan spod jedynki, żeby udowodnić sąsiadowi spod piątki – posiadaczowi nowej fury, gdzie jest jego miejsce, zrobi sąsiedzką przysługę i wyśle anonimowy donos do urzędu skarbowego i po prostu go „podpierdoli”. Takie fluidy źle oddziałują na moją energię i pozytywne nastawienie do świata, rozwijania się, zdobywania nowych doświadczeń, wiedzy.

Przeglądając w weekend internet natrafiłam na kilka postów, w których blogerki opisują swoją karierę zawodową, od czego zaczynały i co zrobiły, że znalazły się w miejscu, w którym dzisiaj są.  A co to kogo obchodzi? Na przykład mnie, bo dzięki swojej ciężkiej pracy, dzisiaj należą do czołówki polskiej blogosfery, udowadniając, że blogowanie może być pracą, jak każda inna z drobną różnicą, że można mieć fajniejszego szefa – siebie.

Często blogerki atakowane są przez społeczeństwo, że dostają coś za darmo. Nic bardziej głupiego i mylnego. Posty sponsorowane wymagają czasu i zaangażowania, by powstały na poziomie, którego oczekuje potencjalny reklamodawca. Napisanie tekstu sponsorowanego zajmuje średnio 3-4 godziny, wykonanie fotorelacji, filmiku, obrobienie materiału, zmontowanie go, edytowanie, zredagowanie tekstu i opublikowanie całego wpisu często zajmuje nawet 2 dni robocze, jak nie dłużej! Pogodzenie blogowania z pracą na etacie, macierzyństwem i domem na głowie jest kwestią dobrej organizacji i wyrzeczeń.

Zamiast leżeć na kanapie, albo oddać się rytuałowi spa w wannie taka blogerka parentingowa z drugim już kubkiem kawy o północy biega po mieszkaniu ze szmata w ręce, tylko po to, żeby z samego rana podłoga lśniła i była gotowa do zdjęć. Zawsze powtarzam, nikt nikomu nie broni zacząć blogować i dostawać wszystko „za darmo”. Jeśli nie wiesz jak zacząć napisz, dam Ci kilka wskazówek. Dlaczego to Ty, nie możesz być tą szczęściarą i każdego ranka z uśmiechem na twarzy witać kuriera z paczkami zwanymi „dary losu”.

Wyliczenie kolejno swoich pierwszych prac, dalekie jest od udowodnienia innym własnej wartości. Raczej ma na celu pokazanie, że trzymiesięczny epizod na zmywaku w Anglii, nie rzutuje na całe życie. Nie przypadkowo wspomniałam o Anglii.

„Wybierz pracę, którą kochasz, i nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu.” – Konfucjusz

1.Siddington Farm Strawberries

Przyznajcie się, kto z Was w swojej karierze zawodowej nie zaliczył zbiorów truskawek, pieczarek czy winogron?

Po ukończeniu liceum wraz z chłopakiem i jego przyjacielem, postanowiliśmy ruszyć na podbój brytyjskiej farmy truskawek. Ja lat 19, blond włosy do pasa, french manicure na paznokciach u rąk i nóg, modny welurowy dres, w kolorze pudrowego różu przyjeżdżam zbierać truskawki. Tak, w całej okazałości zobaczyli mnie pierwszego dnia na farmie i mówiąc w prost wyśmiali, dając mi tydzień na spakowanie różowej torby w stylu Paris Hilton i powrót z płaczem do rodziców.  Wytrzymałam do końca, prawie trzy miesiące ciężkiej harówki. Tak trzeba ją nazwać. Nie bałam się, raczej traktowałam ją jako przygodę i możliwość zarobienia większej sumy pieniędzy, której podejrzewam, że nigdy w tamtym czasie nie zarobiłabym w kilka miesięcy w Polsce.

Pierwsze dwa tygodnie były najgorsze. Wdrożenie się w „wysypie” truskawek, gdzie praca trwała nie 8, a 12-14 godzin złamało wtedy nie jednego człowieka. Było ciężko. Te truskawki były wszędzie! Plecy bolały, kolana bolały, paznokcie odpadały. Gdy dostaliśmy pierwszą tygodniówkę, ja zakupoholiczka ruszyłam od razu do Primarku. Zakupy wynagradzały cierpienie na polu truskawek. Po trzech miesiącach pracy, wracamy do domu z sumą pieniędzy, która pozwoliła leżeć do góry brzuchem przez najbliższe trzy lata. Każdy z naszej trójki miał swój cel, chłopaki zakup samochodu, a ja oszczędności 4-cyfrowe na koncie.

2. Staż w Sądzie Rejonowym w Wydziale Karnym

Po ostrym zapierdzielu na farmie truskawek nie miałam potrzeby, by szybko zacząć szukać nowej pracy. Prawie cały wrzesień korzystałam w końcu z wakacji. Na studiach dostałam stypendium naukowe więc największy wydatek przez najbliższe trzy lata miałam z głowy. Dlatego bez ciśnienia, na spokojnie złożyłam dokumenty aplikacyjne w Sądzie Rejonowym na stanowisko stażysty w wydziale karnym. Dostałam się. Była to moja pierwsza, biurowa praca za całe 480 zł/miesiąc. Prawie 3/4 wypłaty byłam wstanie wtedy odłożyć. Dzisiaj zastanawiam się jak, ja to robiłam? Praca sama w sobie była… No właśnie ciężko ubrać to w słowa. Biegałam z aktami między sądem rejonowym a okręgowym, z jęzorem wywalonym na zewnątrz, zdyszana i zgrzana jak świnia. Wiedziałam o wszystkich incydentach, zabójstwach, gwałtach, które działy się w moim rodzinnym mieście. Nie raz, ze łzami w oczach uczestniczyłam w rozprawach sądowych, w których na wokandzie znalazło się molestowanie dzieci. Wychodząc z sali rozpraw po dzień dzisiejszy pamiętam, jak w głowie zadawałam sobie pytanie dlaczego? Jak tak można? Trzeba mieć nerwy ze stali, żeby móc pracować tam dłużej.

3. Korepetytor matematyki

Ja umysł ścisły. Matematyka, fizyka, chemia były to przedmioty, z którymi czułam się jak ryba w wodzie. Na lekcjach matematyki mogłam stać godzinami przy tablicy i zastępować nauczycielkę. Dlatego przez kolejne trzy lata udzielałam korepetycji. Był to dla mnie najłatwiejszy sposób zarobienia pieniędzy. Początkowo tylko z matematyki, później poszerzyłam swój zakres udzielania korepetycji z chemii, fizyki, angielskiego, francuskiego i polskiego – który nigdy nie był moją mocną stroną, mimo, iż trzy lata męczyłam się w liceum na kierunku humanistyczno-prawnym, bo miałam marzenie zostać prawnikiem. Po skończonym liceum, stwierdziłam, że analityka finansowa jest tym, czym będę się w życiu zawodowym zajmować. Póki co analizuje wydatki na koniec miesiąca,  rachunki za cholerę mi się nie zgadzają.

4. Asystentka dyrektora w SJO

To moja pierwsza poważniejsza praca, od której zaczęła się moja kariera zawodowa. Pani Dorotka, która na rozmowie rekrutacyjnej zapytał się mnie „jak widzę swoją karierę”, po mojej wymyślonej na poczekaniu ścieżce rozwoju, zaśmiała się, że za sześć miesięcy zajmę jej stanowisko. Myliła się, ale przez ten czas nauczyła mnie tyle, że mogłabym ją zastąpić. Kobieta ze złotym sercem, z którą zdarzało się, że w czasie pracy biegałam po centrum Katowic z poleceniem służbowym „też chce takie spodnie jak Ty!” W Szkole Języków Obcych zajmowałam się pracą administracyjną, ale z czasem mój zakres obowiązków był coraz większy. Przygotowywałam raporty, sprawozdania, analizy, a także zajęłam się kampanią marketingową. Przez trzy lata nauczyłam się tyle,  że w kolejnej pracy w ciągu dwóch godzin byłam obrobiona i mogłam np. czytać książki, albo pisać pracę licencjacka. Mówiąc wprost, formuły excelowskie sprawiły, że raporty przygotowywałam jednym kliknięciem, a resztę czasu spędzałam na oglądaniu Gosspi Girl i 90210.

5.  Asystentka XY

Praca w tej firmie to mój krótki epizod, po pięknym wstępie Prezesa i jego opowieści jak w zastraszającym tempie będzie rozwijać się firma i znajdzie się w czołówce firm w Polsce zajmujących się szeroko rozumianym projektowaniem i consultingiem, a ja z asystentki dostanę awans na stanowisko prokurenta spółki, bez wahania zgodziłam się na etat. Pracowałam niecały rok, po czym firma zaczęła popadać w długi, być nierentowna. Aż w końcu przyszedł taki dzień – 10-tego danego miesiąca, gdzie na konto zamiast pojawić się uznanie w wysokości podstawy ustalonej w umowie o pracę, wpłynęło 10% ustalonego wynagrodzenia. To był dla mnie znak, że mój czas w tej firmie skończył się. Powiedziałam głośno, że nie będę pracować za darmo, w firmie która nie ma przyszłości.

6. Wodolejstwo

Dość zabawna historia opowiadana już od lat przez mojego M. Nie ukrywam, bardzo chciałam znaleźć nową pracę, żeby ktoś w końcu mnie docenił, moje doświadczenie i wiedzę, nadgorliwie rozbudowałam moje CV aż do 4 stron!!! Dokładnie wyliczając mój zakres obowiązków. No bo wiecie, jedna asystentka parzy kawę w biurze, a ja np. przygotowywałam sprawozdania i zajmowałam się finansami spółki, robiłam przelewy, opłacałam rachunki itp. Nie byłoby nawet w tym nic złego, gdyby nie moja gafa. Na kolejnej rozmowie rekrutacyjnej, przyszły pracodawca skomentował „obszerne CV” na co ja bez wahania odpowiedziałam, „a tak na szybko pisane” , po czym dostałam liścia, że chciałam zapaść się pod ziemię – czyli wodolejstwo? To historia, którą mój mąż opowiada na każdym spotkaniu ze znajomymi czy nowo poznanymi ludźmi. A jaki on ma z tym związek? Był osobą, która mnie rekrutowała. Po dzień dzisiejszy pracujemy w jednej firmie, ale na szczęście nie mamy już zależności służbowej.

W doradztwie finansowym pracuje już około cztery lata, na przemian z większymi, czasem mniejszymi sukcesami. Wiadomo, jak w każdej branży, która w głównej miesza opiera się na pracy z klientem jest ciśnienie na wynik i sprzedaż. Ja mam ten komfort, że mam „sympatycznego” kierownika, z którym nadajemy na tych samych falach, mam fajnych współpracowników, nie ma między nami rywalizacji, i każdy z nas dzieli się wiedzą i służy pomocą, gdy nadarzy się taka potrzeba. A dwa, to jest to coś czym zajmuję się od lat więc praca w kredytach hipotecznych, ubezpieczeniach czy inwestycjach  jest dla mnie łatwa.

7.  GADKAMATKA

Zawsze marzyłam, by stworzyć swoje miejsce w sieci. Nawet na studiach z przyjaciółką Kasią miałyśmy blog o jakiejś skomplikowanej nazwie z francuskiego, była tak długa, że dzisiaj przypomnienie jej sobie graniczy z cudem. Pamiętam jak pstrykałyśmy sobie fotki naszych new stylizacji przed wykładem, tylko po to, by szybko w czasie wykładów wrzucić coś nowego. Czytelników miałyśmy na pęczki – tylko ja i ona. Jeszcze opublikowałyśmy post kulinarny – pasta jajeczna! To był nasz hit! Rodzice się dziwili, co tak chętnie zrobiłyśmy kolację…

Gadkamatka dzisiaj, to mój drugi etat.  Żeby było wszystko zgodnie z prawem założyłam działalność gospodarczą. To również był krok do tego, żeby blogowanie zacząć traktować poważnie. Gadkamatką zajmuję się przeważnie wieczorami i  w weekendy, jak już Amelia pójdzie spać. Często zdarza mi się zasnąć z laptopem na kanapie, a budzi mnie jego huk, gdy spada na ziemię. Owszem, zdarzają mi się dłuższe przerwy, ale one wynikają przeważnie z większych projektów, do których potrzebuję więcej czasu i przygotowania. Pogodzenie tego wszystkiego z opieką nad dwulatką, mężem, wyjeżdżającym często w delegacje wymaga ogromu dyscypliny, której mi czasem brakuje. Priorytetowo traktuję stanowisko doradcy finansowego, tylko dlatego, że daje mi stałe źródło dochodu. Ale docelowo nigdy nie wiadomo, gdzie ostatecznie znajdę swoją pasję życiową, która pozwoli mi na realizacje swojej pasji i jednocześnie zarabianie pieniędzy. Puki co, zadowolenie sprawiają mi moje dwa stanowiska, ale na pewno nie będę trzymać się ich do końca życia. 

A jak wyglądała Wasza droga #MyFirst7Jobs? Może, któreś doświadczenie zawodowe nas łączy?

 

Udostępnij

gadkamatka

Patrycja, 28 lat. Mama i żona. Poza macierzyństwem dużo energii traci pracując w jednej z największych w Polsce korporacji. Cały czas w biegu, pomimo tego znajduję czas na szybkie zakupy i kosmetyczkę. Motorem do działania jest córka, ona tez zainspirowała do pisania. Czasem niecierpliwa, bywa niepewna siebie. Niepoprawna optymistka z bagażem doświadczeń i odrobiną wad, ale silnie rozwiniętą empatią emocjonalną.

  • Dziś z uśmiechem na twarzy wspominamy pierwsze, nierzadko ciężko zarobione pieniądze lub w ogóle ich brak. Wtedy pewno nie było nam tak do śmiechu 😉 Właśnie jestem w trakcie spisywania własnych pierwszych 7 zajęć.

  • mmhhmm

    Zastanawiający jest fakt, że udzielała Pani korepetycji z języka polskiego, a w Pani wpisach co rusz pojawiają się błędy stylistyczne i ortograficzne… Dzisiaj większość mam chce mieć swoje miejsce w sieci, ale skoro już dzielić się z czytelnikami swoim przemyśleniami (czy raczej reinterpretacją tematów poruszanych wielokrotnie przez inne mamy-blogerki) to wypadałoby robić to dbając jednocześnie o formę przekazu.
    Założenie działalności było chyba obligatoryjne w Pani przypadku, prawda? 🙂 Nie mam na myśli kwestii blogowych tylko powrót do pracy – Openowcy w 90% są na swoim.

    • Pani Magdo, jest mi bardzo miło, że z taką dokładnością czyta Pani moje teksty i pomimo tak licznych błędów stylistycznych i ortograficznych jeszcze tutaj Pani zagląda 🙂
      Założenie działalności gospodarczej nie wyklucza połączenia dwóch biznesów jednocześnie, a mi jak najbardziej taka forma działalności odpowiada 🙂

  • Oj jak ja sobie pomyślę swoich 7 pierwszych prac to nie wiem czy śmiać się czy płakać. Może śmiać się przez łzy? Niemniej jednak fajny pomysł, z przyjemnością wezmę udział w tym łańcuszku i powspominam to i owo;)