Znam matkę, która straciła dziecko…

Listopad 04, 2016
Znam matkę, która straciła dziecko...

Czekasz na tę jedną chwilę i nagle zmienia się twój cały świat. Serce rośnie do wielkości arbuza, w brzuchu czujesz roześmiane motylki, a łzy szczęścia same cisną się do oczu… A kilka tygodni później lecą tak, że nie jesteś w stanie ich zatrzymać, wtedy właśnie twój cały świat zatrzymuje się na chwilę, a potem? Eksploduje… Umiera.

Potem już nic nie jest takie samo… Bynajmniej przez jakiś czas.

Patrycja, opowiem Ci moją historię…

„Było zimno, nie pamiętam już nawet czy to był kwiecień czy marzec. Ale raczej to pierwsze. Było na pewno zimno, bo pamiętam jak przed pracą, wczesnym rankiem szłam do apteki z sercem na ramieniu. Szłam i w duchu modliłam się, żeby tym razem wszystko poszło po mojej myśli. Trzęsłam się jak dwusmakowa galareta. Jedna warstwa mnie z zimna, druga ze strachu.

Wróciłam do domu późnym popołudniem. Nie chciałam robić tego w pracy. Bałam się rozczarowania, łez i smutku w samotności, aż do odbicia dyskietki do wyjścia z redakcji. W domu tez nie chciałam czekać do ranka dnia następnego… Mimo iż wiedziałam, że rano lepiej. Nie wytrzymałam, zresztą kupiłam dwa. Gdyby jeden nawalił.

Zrobiłam to od razu, potem odwróciłam się na chwilę. Nie chciałam patrzeć, serce waliło jak szalone! Minęło kilka minut wzięłam go do ręki i zobaczyłam to, o czym marzyłam od lat. Nigdy nie sądziłam, że dwie cieniutkie, równolegle, bladoróżowe kreski będą spełnieniem wszystkiego czego pragnęłam w życiu.

I nagle zmienia się twój cały świat, serce rośnie do wielkości arbuza, w brzuchu czujesz roześmiane motylki, a łzy same cisną się do oczu…

Nie dowierzałam. I w końcu mogłam to poczuć, i za parę dni głośno powiedzieć wszystkim.

Wykrzyknęłam wręcz tę radosną nowinę wszystkim tym, którzy od dawna razem ze mną czekali. I wszystkim tym samym, którzy kilka tygodni później staną mi się tak bardzo obcy, i jeszcze tym, na których szczęście nie będę mogła patrzeć, ale to za chwilę….

Pierwsza wizyta. Zabrałabym na nią wszystkich najbliższych, żeby po latach starań móc im udowodnić, że to żaden żart. Pierwsza wizyta potwierdzająca, ale nie mówiąca w ogóle o konkretach.

W międzyczasie ja cieszę się chwilą. Oprócz mnie w ciąży jest jeszcze kilka koleżanek z pracy, ze studiów. Jest fajnie, jest raźniej. Nasze rozmowy sprowadzają się wyłącznie do tego czy nasze fasolki będą chlopcem czy dziewczynką, czy będziemy razem wyjeżdżać na wakacje i gdzie zrobimy wyprawkę. Jest cudownie, marzenie się spełniło. Jestem szczęśliwa.

Dwa tygodnie później siedzę w poczekalni z sercem w gardle, duszą na ramieniu i nadzieją, że dzisiaj usłyszę bicie serca. Każdej wizyty u ginekologa bałam się, bałam się, że mogę stracić sens mojego życia, że nie dam rady tam w środku ochronić cząstkę mnie?

Godzinę później… Łzy lecą tak, że nie jestem w stanie ich zatrzymać… Wróciłam do domu. Z diagnozą od lekarza ginekologa, że moja ciąża nie rozwija się prawidłowo. Inaczej. Moja ciąża w ogóle się nie rozwija. Wróciłam do domu obdarta z nadziei, obdarta z marzeń i z żalem tak wielkim jak arbuz, który jeszcze niedawno rozmiarem przypominał moje radosne serce.

W pracy wzięłam wolne, nic nie miało już znaczenia. To jest taki smutek którego dziś nie jestem w stanie opisać. Smutek który powoduje, że odechciewa się żyć, i serio tak naprawdę żyć się nie chce…

Ale wiecie co skatowało mnie jeszcze bardziej, obdarło ze skory, zniszczyło, oszukało? Fakt, że ktoś dał mi nadzieję. Fakt, że ktoś przedłużył sens mojego życia, mimo, iż z góry zaplanował cierpienie, spisał je na straty.

Wsiadłam z mamą do auta. Pojechałam na kontrolę do innego specjalisty. Klinika znana w całym regionie, lekarz też podobno z doświadczeniem wieloletnim. Mówi spokojnym, kojącym głosem „… proszę Pani serce bije, proszę zobaczyć tutaj jest…”.

Nadzieja wróciła.
W międzyczasie ja cieszę się chwilą. Oprócz mnie w ciąży jest jeszcze kilka koleżanek z pracy, ze studiów. Jest fajnie, jest raźniej. Nasze rozmowy sprowadzają się wyłącznie do tego czy nasze fasolki będą chlopcem czy dziewczynką, czy będziemy razem wyjeżdżać na wakacje i gdzie zrobimy wyprawkę. Jest cudownie, marzenie się spełniło. Jestem szczęśliwa. Do czasu.

Wróciłam do lekarza prowadzącego. Czekałam w kolejce z nadzieją, sercem w gardle i duszą na ramieniu. Po raz drugi moja cierpliwość wystawiona została na próbę, ostatnią próbę, której nie zapomnę do końca życia.

Godzinę później… Łzy lecą tak, że nie jestem w stanie ich zatrzymać. Godzinę później wychodzę od mojego lekarza ze skierowaniem do szpitala. Skierowaniem, które ostetcznie obdarło mnie z jakiejkolwiek nadziei.

Dobrze wiecie, albo przynajmniej domyślacie się co było dalej. Szpital, narkoza i zabieg. Takie to mechaniczne. Rutyna na porządku dziennym. Czułam się jak auto, wysłane na myjnie automatyczną. Wyczyścić, śmieci wyrzucić i odesłać do domu…

Z wypisem dostałam w pakiecie samotność. Samotność, z którą przyszło mi się mierzyć jeszcze przez najbliższe miesiące. Potem już nic nie było takie samo… Nic nie miało sensu. Nie pomagały rozmowy, nie pomagali znajomi, nie pomagał mąż. Jemu zresztą też było ciężko. I wiecie co… Nie było wspólnego cierpienia, każdy z nas zmagał się z tym sam… Byliśmy osobno.

Czy przeszło?

Owszem, przeszło po kilku miesiącach. Wróciłam do siebie, wspomnienia przestały trochę boleć.  To była wczesna ciąża. Kilka pierwszych tygodni, a dla mnie całe życie. Moje serce pękło na pół.

Dzisiaj…

Dzisiaj marzenie się spełniło. Ma 24 miesiące, siedzi obok mnie i ogląda bajkę. Druga ciąża była podobna do pierwszej, mnóstwo strachu, lekarstw, zastrzyków, czasu w szpitalu, ale udało się. Warto jest marzyć i nigdy nie poddawać się.

Nie poddawajcie się, bo to największa krzywda jaką możecie sobie zrobić.

Udostępnij

gadkamatka

Patrycja, 28 lat. Mama i żona. Poza macierzyństwem dużo energii traci pracując w jednej z największych w Polsce korporacji. Cały czas w biegu, pomimo tego znajduję czas na szybkie zakupy i kosmetyczkę. Motorem do działania jest córka, ona tez zainspirowała do pisania. Czasem niecierpliwa, bywa niepewna siebie. Niepoprawna optymistka z bagażem doświadczeń i odrobiną wad, ale silnie rozwiniętą empatią emocjonalną.